Praktyka pełna miłości


Od jakiegoś czasu siedzi we mnie chęć głębszego zrozumienia, czym jest praktyka pełna miłości. Praktykuję jogę od dość dawna i przez lata "udoskonalałam" swoją praktykę chcąc być coraz lepszą w tym, co robię. Od samego początku byłam ciekawa, do czego jest zdolne moje ciało. Każda praktyka przez wiele lat była "po coś". Chciałam wzmocnić nogi, brzuch, mięśnie grzbietu, rozciągnąć przywodziciele, tylną taśmę, udoskonalić balanse na rękach, otworzyć klatkę piersiową...To była niekończąca się lista rzeczy do udoskonalenia, do poprawki. I mimo, że uwielbiałam to robić oraz sprawiało mi to ogromną satysfakcję, to jednak wciąż była to praca nad "ulepszaniem siebie". Po latach zrozumiałam, że ta praca była podszyta wewnętrznym przekonaniem o byciu "not good enough". 
Poczucie, że jest ze mną coś nie tak, że nie jestem wystarczająco dobra, że jest we mnie coś wadliwego, pchało mnie do poszukiwań, jak mogę siebie ulepszyć, jak mogę się pozbyć tych cech, których nie akceptowałam w sobie. Każda praktyka zatem, zupełnie nieświadomie, miała mnie zbliżać do poczucia akceptacji. Głęboko w środku marzyłam: "Jak tylko zrobię hanumanasanę, to stanę się lepszą nauczycielką jogi. Jak tylko zrobię urdhva dhanurasanę ze stania, będę bardziej "zaawansowaną" praktykantką jogi..."

Ćwiczyłam asany intensywnie, moje ciało umiało zwinąć się w precel, utrzymać balans i wykonać kolejną w serii vinyasę, jednak dla mnie to wciąż nie było wystarczające.
Aż któregoś dnia moje ciało powiedziało: "Wiesz co? Staram się jak mogę, a dla ciebie to wciąż za mało. Fuck you!" Zbuntowało się i zatrzymało mnie poważną kontuzją dolnych pleców. Moje akrobacje dobiegły końca, ta kontuzja wyłączyła mnie z dynamicznej praktyki na rok, a przez dwa lata dochodziłam do dawnej sprawności. Od tamtego czasu musiałam przyjrzeć się swojej praktyce trochę poważniej i z większą czułością. Musiałam nauczyć się doceniać sam fakt, że mi się chce, że ciało się stara i tego, aby go już nie forsować.
Od tego czasu nie praktykuję już aby coś osiągnąć, tylko dlatego, że sprawia mi to przyjemność, bo czuję się dzięki temu lepiej, jestem bardziej świadoma swojego ciała i nie wyobrażam sobie życia bez poruszania ciałem.
Praktyka dla samej praktyki. 

Praktyka pełna miłości jest dla mnie o tym, że wszystko jest ze mną w porządku, nie praktykuję aby coś w sobie zmienić, uwolnić, pozbyć się, wzmocnić... praktykuję, bo to mnie karmi.
Praktykuję obecność w byciu ze sobą. Jestem przy sobie, ufam sobie.
Pozwalam sobie na taki ruch, jaki pragnie moje ciało wykonać, będąc cały czas w kontakcie z oddechem, czując oddech w ciele. Podążam za nim w nieznane z poczuciem bezpieczeństwa i w zaufaniu z otwartym sercem. Praktyka pełna miłości do ciała, które mnie kocha, które się stara, praktyka pełna miłości do siebie, do swojego wewnętrznego dziecka.
To nadało zupełnie nową jakość mojemu życiu. Dało mi dużo miękkości, matczynej energii, wsparcia. Nie zmuszam już swojego ciała do tego, że wciąż musi robić więcej i lepiej, teraz robi to co chce, jak chce.

Całe świadome życie spędziłam na zrozumieniu tego, co jest ze mną nie tak, oraz na stawaniu się moją lepszą wersją. Aż w końcu zrozumiałam, że choćbym już nic w swoim życiu nie polepszyła, nie zrobiła, nie dokonała czegoś wielkiego, to i tak jestem enough. Nie mogę już siebie ulepszać bez jednoczesnego braku akceptacji jakichś części mnie. Obejmuję i przybliżam do siebie te części, które wcześniej wyizolowałam, ukryłam i straciłam z pola mojej świadomości. One przynależą do mnie. Nie mogę ich odciąć, stłumić, czy zabić, bez jednoczesnego krzywdzenia siebie.
To jest dla mnie praktyka pełna miłości. Praktykuję miłość w stosunku do siebie.

Więc zamiast starać się stawać kimś, po prostu sobie jestem. Widzę i przytulam te aspekty mojej osoby, które kiedyś napawały mnie wstydem, których nie lubiłam, które uważałam za słabe. One przynależą do mnie, nie mogą przestać być mną, więc jedyną opcją jest je zaakceptować i pokochać. Proces ten jednak nie jest taki prosty jak samo postanowienie, że od dziś będę siebie akceptowała w 100%! Małymi krokami, dzień po dniu dokonuję innych wyborów, robię praktykę która mnie karmi, staję się coraz bardziej zintegrowana i mówię częściej o własnych potrzebach, zamiast manipulować aby je spotkać.

Dziś mam do ciebie dwa pytania:

Czy udało ci się kiedyś zrobić praktykę pełną miłości? Praktykę dla samego jej doświadczania, a nie poprawy czegoś lub pozbycia się czegoś?

Czy praktykujesz miłość własną?
Jeśli odpowiedź na te pytania brzmiała"nie", zachęcam cię do przyjrzenia się, jakie przekonania tobą kierują, jak o sobie myślisz i mówisz, jakie życie prowadzisz. Gdy zauważymy, co robimy wbrew sobie, jak się ograniczamy, czego nie robimy, a bardzo pragniemy, możemy wtedy podjąć aktywne kroki do tego, aby coś zmienić. Ale z dużą wyrozumiałością dla siebie i ze współczuciem, a nie z poczucia winy.
Małe kroki... bez presji :)
JMK

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Oddaj ciało, ciału.

Duchowe przyczyny chorób - rozmowa z moją "chorobą"

Po prostu puść...