O tym, dlaczego przestałam romantyzować pracę z misji.
Czasem wydaje się, że prowadzenie zajęć jogi, organizowanie wyjazdów, warsztatów czy kursów, to lekki, przyjemny i dochodowy biznes.
Tak to przynajmniej wygląda na zdjęciach z wyjazdów do pięknych miejsc. W postach reklamujących kolejne wydarzenia. W opiniach uczestników i wizerunkach nauczycieli jogi w mediach społecznościowych.
Uśmiechnięte twarze, piękne scenerie, dopracowane asany, estetyka.
Czego nie widać - to wszystkich odwołanych lekcji jogi, warsztatów czy kursów, z powodu zbyt małej liczby chętnych.
Zajęć, na które przyszła tylko jedna osoba.
Wydarzeń poprowadzonych za darmo.
Osób, którym dałaś zniżkę, bo czułaś, że to, co tworzysz, jest im potrzebne, ale nie mają teraz środków.
Czasu poświęconego dziesiątkom osób online - które nigdy nie były na twoich zajęciach, a mimo to pisały z pytaniami i prosiły o wsparcie.
Stresu związanego ze zbliżającym się terminem opłat.
Frustracji wobec rosnących kosztów prowadzenia działalności i oporu przed podnoszeniem cen.
Napięcia przy organizacji wyjazdów - czy zbierze się grupa, czy wszystko się domknie, czy nie skończy się pracą "na zero".
Rzeczywistość nie jest tylko kolorowa.
Każdy, kto prowadzi własną działalność - szczególnie jednoosobową - wie, ile potrzeba, żeby w ogóle móc pracować dla siebie.
A każdy, kto pracuje z ludźmi z poczuciem misji, pomagając innym, wie też, jak głęboką pracą nad sobą jest prowadzenie działalności.
To ciągłe spotkanie ze swoimi lękami, triggerami, słabościami, frustracją i cieniem.
Uczę jogi od 20 lat. Praktykuję od 24.
To wystarczająco długo, by zobaczyć, jak ta branża się zmieniła i jak głęboką transformację przeszło funkcjonowanie w niej.
Widziałam wiele otwierających się szkół jogi. Entuzjastycznych nauczycieli wynajmujących nowe sale.
Widziałam też wiele szkół zamykanych.
Widziałam nauczycieli, którzy przestali uczyć i zajęli się czymś innym.
Na instagramie wszystko wygląda lekko. W rzeczywistości bywa inaczej.
Na pewnym etapie przestajesz romantyzować niedochodowość.
Sama kiedyś mówiłam, że mogłabym robić to za darmo, bo tak kocham to, co robię. I to była prawda.
Prowadzenie zajęć dla jednej czy dwóch osób nie było problemem - bo przecież to misja.
- Tylko pojawia się pytanie:
dlaczego w ogóle miałabym robić to za darmo?
To romantyzowanie średnio dochodowego biznesu może wydawać się piękne. Ale jeśli zbyt długo przykrywa fakt, że biznes nie finansuje życia, zaczyna utrwalać brak granic i brak uznania własnej wartości.
Kiedy dobroć, etyka i oddanie zaczynają pełnić funkcję modelu biznesowego, łatwo dojść do miejsca, w którym tego biznesu nie da się utrzymać.
Czasem nierentowność ubieramy w piękne narracje:
- kameralność zamiast za małej frekwencji
- misja zamiast niedoszacowania cen
- służba zamiast braku modelu
To brzmi szlachetnie. Ale nie buduje stabilności.
Uczniowie mogą być wdzięczni. Mogą widzieć twoje zaangażowanie. Mogą czuć, że nie robisz tego tylko dla pieniędzy.
Ale to nie rozwiązuje problemu.
Coraz bardziej widzę, że dbanie o siebie i traktowanie tej pracy jako narzędzia, dzięki któremu mogę żyć tak, jak potrzebuję - nie jest zdradą misji. Jest jej dojrzalszą formą.
Zdrowe granice finansowe mogą być aktem szacunku wobec pracy, nie odejściem od wartości.
Bo praca oparta na wartościach nie musi oznaczać poświęcenia. Pomaganie ludziom i budowanie zdrowego, rentownego biznesu mogą istnieć razem.
A ja osobiście uważam, że dobra praca - także ta oparta na służbie - powinna karmić obie strony.
Tych, którym służy.
I tę, która ją tworzy.
JMK
www.asiayoga.pl
Praktykuj ze mną online:
www.youtube.com/@AsiaYoga/videos
Komentarze
Prześlij komentarz